Razem z Jamiem szliśmy chodnikiem.
- Jak tam Sophie? - spytałem z ciekawości.
- Tęskni za Króliczkiem. - powiedział.Dalej szliśmy w milczeniu.Zupełnie oddaliśmy się ciszy i spokojowi.Każdy z nas pewnie widział teraz świat inaczej.Cisza,niby nic nie słychać,a jednak cisza to też dźwięk,bez ciszy nie byłoby dużo rzeczy.Świat jest dziwny,musi istnieć jedno,by mogło powstać drugie.Każdy człowiek,każda rzecz jest z czymś powiązany,dzięki temu na świecie,oraz innych wymiarach,o których powiadał mi Norcio,panuje harmonia.Bez harmonii nic nie miało by sensu.Każda istota byłaby nikim nie zważając na bogactwo czy pochodzenie.Ostatnio odwiedziłem pewne państwo,a zwie się Polską.Język mają strasznie dziwny,ale da się nauczyć.To tam zobaczyłem jak jedno wiąże się z drugim.Gdy tak szliśmy nagle pojawił się chłopak z szkoły Jamiego,ten opryszek i głupek.Uśmiechał się głupawo.Oczy miał inne,ale nie zwracałem na to uwagi ponieważ w swojej ręce trzymał czarny sztylet.Aż tętniła od niego magia.
Nagle chłopak zamachnął się i rzucił w Jamiego.
- Jamie! - krzyknąłem po czym odepchnąłem go na bok,a sam poczułem jak sztylet trafia w samo serce.Ból ogarniał moje ciało.Kości mnie bolały.W uszach słyszałem świst swojej krwi.Czyli tak wygląda moja śmierć.Zaczęła mnie powoli ogarniać pustka.W moich oczach pojawiły się łzy.Patrzyłem na Jamiego.
Uśmiechnąłem się do niego lekko.Teraz już wiedziałem co znaczy,że go wybiorą.
- Jamie mój ileś tam pra bracie teraz wiem,że dokonali dobrego wyboru,żegnaj. - powiedziałem.
- Jack nie!! - krzyknął,ale ja już zamknąłem oczy.Ciemność mnie pochłonęła.Słyszałem tylko ciszę.
Oczami Jamiego:
Jack,on dostał!Podbiegłem do niego.On popatrzył na mnie z troską uśmiechając się delikatnie.
- Jamie mój ileś tam pra bracie teraz wiem,że dokonali dobrego wyboru,żegnaj. - powiedział,o nie!!Jack ma być nieśmiertelny,a nie!!On zamknął oczy.
- Jack nie!! - krzyknąłem.Zacząłem płakać.Wokoło Jacka powstał szron,który po chwili pokrył się jego krwią.
- Jack nie wygłupiaj sie,wstawaj. - mówiłem przez płacz i próbowałem go podnieść.Złapałem go za dłoń i pociągnołem.
- No wstawaj. - szepnąłem.W końcu upadłem na kolana.Przysunąłem się do niego oglądając ranę.Wyjąłem sztylet,cały był poplamiony krwią Jacka.Patrząc na to jeszcze bardziej zacząłem płakać.Położyłem ręce i głowę na brzuch Jacka i płakałem plamiąc mu bluzę.
- Nie.. - mówiłem co chwile.To nie może się tak skończyć!!Kto mnie będzie teraz pocieszał i robił śnieg!!Prawdę mówiąc Jack był dla mnie jak starszy brat,był dla mnie rodziną,co z tego,że przybraną.Zawsze go kochałem!!(w sensie tak jak się przyjaciół i rodzinę kocha)W sumie on był dla mnie jedyną rodziną.O kiedy Sophie się pojawiła rodzice nie zwracają na mnie uwagi,karzą cały czas się uczyć,a to posprzątać pokój,a to pomóc siostrze itd.Poza tym to ja powinienem zginąć!!Jack jest nieśmiertelny!Księżyc go wybrał,jest,a raczej był strażnikiem,a ja?Głupim śmiertelnym dzieciaczkiem.Teraz moje życie straciło sens!Powoli jak film przypominałem sobie wspomnienia z Jackiem.Po chwili z kieszeni od bluzy Jacka wypadło lusterko.No tak!!Muszę zawiadomić strażników!Powiedziałem im tylko,że to ważne,sądząc jeszcze po moim łamiącym sie głosem i po płaczu uważają,że to na serio ważne!!Postanowiłem,że sztylet i lusterko zatrzymam dla siebie.
Wtulony w Jacka zmożył mnie sen.
North:
Siedziałem w moim gabinecie robiąc tym razem samolocik z lodu.Zbliżała się noc,więc powoli chowałem mój sprzęt.Nagle moje lusterko zaczęło pikać.Wziąłem lusterko do ręki i powiedziałem odbierz!W lusterku ujrzałem brązowowłosego chłopca...zaraz to Jamie!!Ale zaraz był cały zapłakany.Powiedział tylko łamiącym głosem,że to ważne.Za chłopczykiem dostrzegłem kawałek szronu.Gdy tylko połączenie się skończyło wstałem z krzesła zrzucając samolocik .
- A niech to w czub choinki! - zdenerwowałem się i szybko pobiegłem do sfery snów.Nacisnąłem wielki guzik,który wzywał wszystkich strażników.Po chwili wszyscy już byli.
- Po co nas wzywałeś? - spytał Zając.Wszytko im wytłumaczyłem.
- A nie sądzisz,że on cię po prostu nie nabiera?Jack to przecież ekspert w robieniu kawałów.Pewnie się teraz razem śmieją. - mruknął pd nosem.Ja spojrzałem na niego groźnie.Wiedziałem,że to coś o wiele poważniejszego noi to na pewno nie kawał.Wszyscy przeszliśmy przez portal.Ja byłem ostatni.Zobaczyłem Ząbek przestraszoną,piasek też tak wyglądał,a Zając gdzieś się zapodział.Spojrzałem tam gdzie patrzyli Ząbek i Piasek.I nie wierzę!!To był Jack!!On...nie żyje!?Zając trzymał go w swoich łapach.Ujrzałem Jamiego.Jego buzia była blada,oczy czerwone i miał duży katar,bo oddychał przez buzię.Podbiegłem do niego i wziąłem na ręce.Chłopak spał.Kazałem Ząbek odnieść go do domu.Nie przyjmowałem wiadomości,że on umarł!!Zając nadal trzymał go w łapach.
- Jack. - zdołałem tylko cicho wyszeptać.Wokoło Jacka ujrzałem krwawy szron.Podbiegłem do nich.
- On ....? - zdołałem tylko tyle wypowiedzieć.Zając odwrócił głowę od Jacka i spojrzał na mnie.Po jego spojrzeniu wszystko było wiadome.Z moich oczu poleciały łzy.Przecież on nie mógł...Ale jak?Czemu!?Kto?Obiecałem sobie wtedy,że zabije tego kto to zrobił!!!!Zając uniósł białowłosego.
Przeszliśmy przez portal.
Oczami Jamiego:
- Ty...ty mnie widzisz? - spytał białowłosy.Mały ja pokiwał głową.Białowłosy zrobił salto w powietrzu.Nagle wszystko znikło i pojawiło się co inne.
- Czy ty Jacku Froście przysięgasz... ? - mały ja kiwnął mu głową.
- przysięgam. - odpowiedział Jack.
***
- Dobra tym razem wygrałeś,ale innym razem już nie będziesz miał fory! - mówił Jack do małego mnie.Oboje bawili się,śmiali i rzucali śnieżkami.
- Jest wygrałem!!! - krzyczy Jack.
***
- I wtedy potwór... - czytał Jack. - Do bani ta książka.
- Czytaj! - poprosiła Sophie.
- I wtedy potwór....
- No co?! - pytał zniecierpliwiony mały ja.
- I wtedy potwór zaczął...łaskotać dzieci! - krzyknął Jack i zaczął łaskotać dzieci.
***
- Jack obiecujesz,że wrócisz szybko? - pytałem ja mniejszy rok ode mnie teraz.
- Nie wiem,na pewno spotkamy się zimą. - odpowiedział.Białowłosy już szedł w swoją stronę.
- Jack! - krzyknął młodszy ja i pobiegł do Jack przytulając go.
- Proszę przylecisz do mnie jutro? - spytał młodszy ja.
- No dobra. - odparł Jack i poleciał.
***
Zawiedziony młodszy ja patrzy w okno,a po chwili siada na łóżku.
- Jak zwykle. - szepnął młodszy ja.Nagle okno się otworzyło a przez nie wleciało coś granatowego p czym zderzyło się z ścianą.
- Myślałem,że nie przyjdziesz! - zawołał mniejszy ja.
- No co ty. - powiedział białowłosy odklejając się od ściany.
- No to co Lepimy bałwanka? - spytał białowłosy nawet nie czekając na odpowiedź.
***
Znów wszytko znikło,po chwili pojawiliśmy się my idący chodnikiem.Próbowałem zamknąć oczy,odwrócić wzrok,ale coś mi nie pozwalało.
- Jamie,mój ileś tam pra bracie,wiem,że wybrali dobrego wyboru,żegnaj. - słowa odbijały mi się echem w głowie.Pra bracie?Dokonali dobrego wyboru?Co to ma znaczyć?A jeśli Jack wiedział o czymś ważnym?O czym strażnicy nie wiedzieli?Może nie zdążył im tego powiedzieć?Nie rozumiem.Nagle obraz znów zniknął.Zaczęła mnie boleć głowa.Otworzyłem oczy i zobaczyłem swój pokój.Wstałem szybko.Sięgnąłem do kieszeni.Wyjąłem z niego sztylet.
- Jednak to mi się nie tylko śniło. - upewniłem się.Nie chciało mi się wierzyć,że mój najlepszy kumpel właśnie umarł!Dlaczego mnie to spotkało?Dlaczego zawsze przyciągam kłopoty?
Następnego dnia odbył się jego pogrzeb.Miał lodową trumnę,w której Jack miał wyglądać jakby przez całą wieczność spał.Płakałem cały czas,tak jak każdy.Wszyscy powiedzieli coś miłego.
4 lata później:
Wracałem właśnie do domu z szkoły.Miałem strasznego doła.Moja dziewczyna ze mną zerwała.Wszystko jest przeciwko mnie!!Kopnąłem kamień leżący przede mną.W końcu byłem w domu.Wszedłem do pokoju.Walnąłem plecak w kąt,a sam usiadłem przy komputerze zakładając słuchawki.Włączyłem muzę i zacząłem odrabiać lekcję i tak nic ciekawego się nie działo.Odrobiłem lekcje byle jak i zrobiło się ciemno!Jak ja nienawidzę zimy!!Poszedłem do łazienki.Wziąłem szybki prysznic,a potem stanąłem przed lustrem.Rozczochrane kasztanowe włosy,brązowe oczy.
Jestem cholernie podobny do...Nie!!!Nawet nie ma kogoś takiego.On nawet nie istniał,byłem mały i to była tylko moja wyobraźnia!Zresztą kogo ja oszukuje?!Siebie?!Ale ja już sam nie wiem co mam robić!Nie mogłem zasnąć,dlatego przeszedłem się do parku.Usiadłem na ławce.Niedługo po ty ktoś usiadł obok mnie płacząc.Okazało się,że była to moja była dziewczyna,Julia.
- Jamie. - przytuliła się do mnie. - Kocham cię! - wyszeptała.
- To czemu zerwałaś? - spytałem.
- Jamie kiedyś byłeś inny.Zabawny,fajny i taki no sympatyczny,ale się zmieniłeś. - wyjaśniła.
- To wszystko przez ten wypadek. - powiedziałem.
- Nie Jamie,to przez ciebie.Miałeś szansę się nie zmieniać i po prostu jak normalny człowiek uśmiechać się na wspomnienia i przychodzić na grób,a nie udawać,że Jack nie istniał! - powiedziała szybko.
- Bo on na serio nie istniał! - krzyknąłem.Ona się odsunęła.
- Myślałam,że przyjaciół się nigdy nie odrzuca. - powiedziała z łzami w oczach.
- Bo tak jest,on był moim przyjacielem. - przyznałem.
- Jak to był?Przyjaźń szczera nie umiera. - powiedziała zdenerwowana.
- No nie mów,że będziesz się teraz bawić w przysłowia. - odwarknąłem.
- A wiedz,że będę,bo prawdziwi przyjaciele są na zawsze,nie na chwilę! - powiedziała.
- Są pieniądze,od razu przyjaciel się znalazł. - odburknąłem
- A po co mu pieniądze? - spytała.W sumie miała rację. - Przyjaciół się nie zostawia.
- A czemu niby miałbym go zostawić? - spytałem wściekły.
- A nie wystarczy to,że udajesz,że nigdy Jacka nie było,że to tylko wyobraźnia? - zapytała z płaczem już spokojniej. - Słuchaj myślisz,że tylko tobie jest ciężko?!Kiedy ty dręczyłeś się,że to przez ciebie to się stało,ja cię pocieszałam,a pomyślałeś o mnie?!Też za nim tęsknie! - zamurowało mnie.Jak mogłem być takim idiotą.Ona popatrzyła na mnie z żalem,po czym zaczęła biec przed siebie.
- Poczekaj!Tam jest lód!Może pęknąć! - krzyczałem,lecz ona chyba nie słyszała.Pobiegłem za nią.Biegłem jak torpeda!Julia stała po środku jeziora,które pękało.
- Nie Jamie nie wchodź!Wpadniemy oboje! - krzyknęła.
- Nie zostawię cię! - odkrzyknąłem i zacząłem powoli wchodzić na lód.
- Przepraszam. - powiedziała.Nie wiedziałem o co chodzi.Obserwowałem ją.Ona skoczyła,a gdy z powrotem wylądowała na lodzie ten pękł.
- Nie!! - krzyknąłem.Nagle przed oczami zobaczyłem małego siebie,który krzyczał: Nie!! i ..Jacka.Nie!Ja nie umiem już żyć !Nie mogę żyć! Wyciągnąłem sztylet z kieszeni,który błysnął groźnie.Uniosłem go nad głowę,po czym opuściłem ręcę,a sztylet zatopiony został w moim serce.Zobaczyłem krwawą rzekę wspomnień.Moje ręce też były koloru rubinu.Potem ból,strach,ciemność.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz